Bądź przygotowany na każdą sytuację. Fiordy na dziko!

Zapraszam do relacji z wyjazdu na którym jest się „skazanym” wyłącznie na siebie, a umiejętność przewidywania warunków i swoich potrzeb z dala od sklepów i cywilizacji są jedyną gwarancją udanej wyprawy. Zapraszam na fiordy do Norwegii ;).

 

Co, Gdzie, Kiedy, Za ile?

Cel: Kjerag – kamień zawiśnięty między dwiema skałami na wysokości 1 000 metrów nad ziemią i Preikestolen – skalna półka, a raczej duża póła – około 800 metrów nad ziemią

Data: 09-12.06.2016

Budżet: około 800 zł/ osobę + sprzęt

Lot z Gdańska do Stavanger trwał krótko, plecaki mieliśmy większe i cięższe niż przewidział przewoźnik, na szczęście upiekło się bez dopłaty. Wśród obowiązkowego asortymentu „dzikiego” wyjazdu do Norwegii pamiętać należy o tym, że będziemy dysponować tylko tym, co zabierzemy. Musimy więc mieć na plecach i sypialnię i kuchnię i łazienkę. Namiot i plecaki mieliśmy, w resztę sprzętu musieliśmy się wyposażyć, były to między innymi:

kuchnia: http://www.e-horyzont.pl/zestaw-naczyn-classic-family-set-110002.html

łazienka: http://www.e-horyzont.pl/mini-waschsalon-dark-steel-classic-check-144828.html

sypialnia: http://www.e-horyzont.pl/wolfmat-mummy-brilliant-blue-157534.html

http://www.e-horyzont.pl/spiwor-syntetyczny-fredvang-134435.html

W przypadku śpiworów, Troms Fjorda Nanasena (T comf +1) w czerwcu w Norwegii okazały się idealnym wyborem. Mało tego, śpiwory są na tyle uniwersalne, że spokojnie służą nam w Polsce od połowy wiosny do połowy jesieni. Przy zakupie śpiworów trzeba uświadomić sobie swoje oczekiwania i porównać: tworzywo, cenę, wielkość, wagę, temperatury, (dla tych romantycznych istotna będzie także możliwość łączenia ich). Atrakcyjna cena naszych śpiworów, przyćmiła nam kwestię ich wielkości, jednak możliwości kompresji pokrowca są naprawdę zaskakujące 😉

Samo Stavanger, choć byliśmy w nim ledwo 3 godziny, okazał się pięknym miastem. Kolorowe drewniane domki, życie w centralnych częściach miasta, deptaki, dbałośc o małą architekturę i fiordy w tle – całość tworzy spójny obraz zadbanego miasta ludzi szczęśliwych. Jeszcze tylko zakup butli gazowej w Intersporcie i idziemy na prom.

Podróż promem była miłą i zaskakującą atrakcją – pogoda dopisała, a błękit wody, świeże powietrze, domki na skałach i otaczające olbrzymie fiordy zapierały dech w piersiach.

 

Po godzinie atrakcyjnego rejsu, docieramy do urokliwego Lysebotn – małego miasteczka między fjordami, już prawie punktu wypadowego do szlaków.

Jako, że chodziło o możliwe ograniczenie kosztów w nie należącej do najtańszych – Norwegii, początkowo był plan, aby wziąć autostopa. Los chciał, że auta tamtego dnia nie jeździły, minęło nas może jedno, a bus zawożący podróżników na górę zażyczył sobie w połowie drogi po 100 zł na głowę – nie było takiej opcji! My ambitnie i oszczędnie z ciężkimi plecakami cierpliwie pokonaliśmy około 15 serpentyn w górę na pieszo. 7 km upierdliwej, choć momentami pięknej trasy, zajęło nam 3 godziny

Wycieńczeni, choć szczęśliwi, dotarliśmy do głównej tablicy, która informowała, że do Kjeragu zostały nam kolejne 3 godziny marszu. Tego dnia mieliśmy w planach jedynie znalezienie miejsca na nocleg i nadrobienie sił na jutrzejszy Kjerag. Pokonaliśmy więc jeszcze jedno wzniesienie o bardzo dużym nachyleniu, aby schodząc, odkryć piękne widoki i polanę na rozbicie namiotu.

 

Ciężko było znaleźć dobre miejsce- trawa była wilgotna od płynącego w pobliżu strumienia (naszego źródła wody pitnej, kuchni i łazienki), a dominujący wiatr na otwartej przestrzeni urywał głowę. Szczęśliwie udało się znaleźć odpowiednie miejsce z najpiękniejszym widokiem z apartamentu jaki można sobie wyobrazić :). Wodospad, góry i potoczek – tego nam było trzeba :). Pozostało nadrobić spalone kalorie, wśród pasztetów, zupek chińskich i bakalii, bezbłędna na tego typu wyjazd jest żywność liofilizowana – lekka, smaczna, dostarczająca energię:

Polecam gorąco tę markę – pyszna!

http://www.e-horyzont.pl/liofilizat-penne-159012.html

Noc była zimna i wietrzna, kolejnego dnia- piątek zostawiliśmy namiot, wzięliśmy na plecy najważniejsze rzeczy (jedzenie, aparat, butelkę i peleryny) i wyruszyliśmy na Kjerag. Trekking choć wietrzny, to przyjemny (jadąc do Norwegii nie zapomnijcie o polarze i przeciwdeszczowej wiatrówce), czasem dopadała konsternacja którą drogę wybrać – wtedy z pomocą przychodziły kamienne totemy. Śniegi i zmieniające się krajobrazy cieszyły oczy na każdym kroku. W tym miejscu zwrócę uwagę na niezwykle ważne obuwie, mówi się, że góry to wyłącznie wysokie buty, nie zgodzę się. Ja zdecydowałam się na Crosswind low Jacka Wolfskina i był to strzał w dziesiątkę! Wygoda podczas trekku w górę i z góry na nieregularnym podłożu, pozwala pracować kostce. Natomiast wodoodporność obuwia przydała się w części śniegowej i na terenach podmokłych. Dodatkowo lekkość i przewiewność materiału pozwalały szybko schnąć na słońcu. Jednym słowem idealne połączenie na każdą ewentualność 🙂

Link do butów dla zainteresowanych: http://www.e-horyzont.pl/crosswind-low-w-tarmac-grey-132799.html

 W okolicach 10:00 dotarliśmy do celu, szczęśliwie mieliśmy czasową przewagę nad innymi wędrowcami. Udało nam się także trafić na chwilowe okno pogodowe, które pozwoliło na wykonanie dobrych ujęć. Kamień robi ogromne wrażenie – wejście do niego jest ukryte, trzeba się posiłkować wwierconą igłą przez którą kiedyś przechodził łańcuch. Nie brakowało osób, które nie podołały tej wysokości. Ja jak na dosyć odważną osobę, przyznaję się bez bicia- miałam giętkie nogi i strach w oczach, jednak cel został osiągnięty, nawet 3 razy dla lepszych zdjęć, co za emocje!. 😉

 

Widoki i wrażenia były niesamowite, ale piękne jest to, że nie tylko chodziło o sam cel – kamień ale i o podróż, trekking, podziwianie przyrody. Powrót wydłużyliśmy bo ciężko nie skusić się na kolejne zdjęcia nad innymi przepaściami, gdy nagle nad fjordami zawisły 2 tęcze! Obraz niemożliwy do opisania :).

 

Powrotowi do namiotu towarzyszyło zdziwienie, jak nieadekwatnie do zmieniającej się pogody, potrafią się ubrać turyści. Oszczędzę jednak zdjęć ludzi w krótkich spodenkach i butach na podwyższeniu czy bez dobrego bieżnika.

Cały pobyt zaskakiwała nas pogoda – słońce wychodziło na przemian z opadami deszczu, a czas pokazywany na zegarku wcale nie był zapowiedzią ciemnej nocy. O północy nadal było jasno. Nasza piękna polana zachwycała nas jeszcze przez kolejną dobę – cisza, widoki, wodospad stanowiący urwanie polany, góry, staw, skały, zieleń i potok dawały poczucie osiągnięcia równowagi w przyrodzie. Na pobliskich skałkach po których biegaliśmy jak kozice (:P) robiliśmy dziesiątki zdjęć, a piękne widoki dopełniło rozpalenie ogniska i oszołamiający zachód słońca.

 

Naszym drugim celem była kamienna półka. Transfer Kjerag – Preikestolen nie należał do łatwych. Jak się okazało, w sobotę promy nie kursowały. Zrobiliśmy sobie godzinny spacer do informacji turystycznej, w której pracuje Henrik -zaskakujący człowiek orkiestra – planner ślubów w USA, fan siłowni, który pół roku spędza w Norwegii i służy pomocą dla turystów. Mówimy mu, jak wygląda sytuacja, że nie damy rady zdążyć na Preikestolen, mając w poniedziałek rano samolot do Polski.

Nie zapomnę wtedy naszej rozmowy: „We can’t make it”, Na co odparł: „Yes You can make it”! And we made it! 🙂 Henrik sprawdził nam najwcześniejszy prom pod Kjerag, udzielił kilka rad i od kolejnego poranka zaczął się wyścig z czasem!

Rano złożyliśmy „dom”, ostatnie spojrzenie na „naszą” polanę i popędziliśmy serpentynami w dół. Szczęśliwie w połowie drogi udało się złapać autostopa do Lysebotn. Nie mieliśmy biletów na prom- miejsca ograniczone – w promocji można było kupić jedynie przez Internet. Informacja turystyczna odpowiedzialna za inne transfery – małymi łodziami, jednak była na tyle miła i pomocna, że udostępniła nam komputer i dostęp do Internetu, a nawet wydrukowała bilety. Po godzinie formalności pozostało czekać na prom.

Czas na odpoczynek, zupkę chińską i jedziemy – jak się okazało – prom nie mieści tyle osób, czy kierowców którzy chcieli by wsiąść, nam się na szczęście udało. Około 15:00 byliśmy prawie „pod” Preikestolen, do którego prowadziło kilkanaście kilometrów drogi, tu już odpuściliśmy- zapłaciliśmy 200 złotych za bus taxi do parkingu przed szlakiem. Plecaki ciężkie, ostatni transfer busami pod port promowy ze statkiem do Stavanger będzie około 20. Mieliśmy 5 godzin na 6 godzinny szlak. Niewiele myśląc, plecaki ukryliśmy w krzakach na trasie i popędziliśmy do góry. Tabliczka wskazywała 3 h w górę, myśmy wbiegli tam w dwie. W drodze na skalną półkę spotkały nas duże głazy, jeziora, stawy i wszechobecna płynąca z góry woda – niestety ta, w przeciwieństwie do Kjeragu już brudna i niezdatna do picia. Z pomocą w miejscu w którym nie ma sklepów, (a jeśli są to kilka razy droższe niż w Polsce), przyszła butelka z filtrem

Idealna, żeby dużo nie dźwigać, link poniżej!

 http://www.e-horyzont.pl/butelka-75cl-158337.html

Poza wodą, otaczały nas piękna roślinność, wyjątkowe krajobrazy i… duża ilość turystów – Preikestolen znajduje się bliżej Stavanger i ze względu na odległość i większą przystępność szlaku, ten jest częściej oblężany. Mimo, że strasznie się spieszyliśmy, udało się porobić dużo zdjęć po drodze.

Sam widok u góry był równie piękny. Pogoda wyjątkowo, mimo deszczu na promie, znowu nam dopisała. Skalna półka robi wrażenie, spuszczenie nóg w dół przepaści także. Zabrakło czasu na wejście na jeszcze jedną półkę wyżej, ale mimo to udało się nacieszyć widokiem. To trzeba po prostu zobaczyć samemu :). Ta woda, przestrzeń, odległości – wyjątkowe wrażenia!

Głodni – ja już nie mogąc patrzeć na mieszankę studencką i kabanosy, zbiegliśmy w około godzinę na parking, aby rozpieścić swoje zmysły – kupując małą coca colę za blisko 30 złotych :). Powrót to już odpoczynek na promie i nocne szwędanie się po jasnym niczym w dzień mieście. Autobusy na lotnisko nie kursowały od północy do poranku, wówczas, gdy wylot mieliśmy w okolicach 6 rano. Pieniążków na bilet i tak byśmy nie mieli, wobec czego zerwaliśmy plakat starego tattoo conventu w Stavanger, wyjęliśmy mazak i stworzyliśmy naszą przepustkę do samolotu – tabliczkę autostopową.

Sytuacja nie była zbyt ciekawa, było po północy, aut mało, na szczęście po pół h, zanim skończyła nam się trasa zamieniająca chodnik w obwodnicę, młoda, wypachniona (w przeciwieństwie do nas), zadbana i co tu dużo mówić – bogata para, nie znająca angielskiego zawiozła nas kilkanaście km na lotnisko. Niedaleko lotniska była plaża i tam planowaliśmy rozbić namiot. Jednak zmęczenie, głód, późna godzina i brak dostępu do map, spowodowały, że wybraliśmy nocleg a’la bezdomny – na krzesłach lotniska.

Mimo, że wyjazd nie trwał długo, zaledwie 4 dni, okazał się jednym z najlepiej wykorzystanych weekendowych tripów. Do zdjęć wracamy chętnie, bo z żadnego dotychczasowego wyjazdu nie wróciłam jeszcze tak zmęczona, a zarazem szczęśliwa i zrelaksowana pychicznie. Kolejny cel w Norwegii? Może Lofoty 🙂 Polecam!

A, zapomniałam o jednym! Jeżeli myślisz o przygodzie życia i szukasz inspiracji, zapraszam Cię na wydarzenia Wolfskin Stories Event, Wolfskin Stories Event to

  • Autorytety świata rozwoju: Trenerzy, mentorzy i podróżnicy
  • Zaproszenie do podróży w głąb siebie
  • Impuls do samorozwoju i sięgania poza swój horyzont
  • Ogromna dawka pozytywnej energii i motywacji
  • Świadome formowanie systemu wartości
  • Wyjątkowe historie i nauki z krańców świata

ZOBACZ SZCZEGÓŁY WYDARZENIA!

 

Na miejscu czekać na Was będą wyjątkowi Prelegenci – podróżnicy i trenerzy z autorskimi prezentacjami, stoiska z książkami podróżniczymi i nie tylko!

Opracowała:

Alicja Narewska, Wilcza Powierniczka

WILCZASTRONA.COM

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *